Kota nie ma, myszy...
Nie było mnie w domu. Całe cztery dni. Wracam. Dojeżdżam. Wydaje mi się, że okolica troche zmieniona. Może to brak tarczy antyrakietowej. Może to, że Romek ma jakiś problem z wizą na lotnisku w Szwajcarii. A może więcej chemtrials na niebie. Ale nie. To nie to!!!
Przed bramą na drodze leży sobie spokojnie niczym nie zrażona... czarna góra ziemi. Wydaje mi się nawet, że ta góra trochę światło słoneczne w południe musi przesłaniać. Jak nic przyjdzie zaraz sołtysowa i nam dorzuci podatek od wzbogacenia. Albo skarbówka przyjdzie, że nielegalną działalność zarobkową zaczęliśmy przed sezonem zimowym i wznosimy sztucznie oświetlony stok narciaski bez zezwolenia. Na wszelki wypadek sprawdzilem kontem oka czy się jakiś ratrak w lesie nie czai.
Pytam ją uprzejmie nad wyraz wskazując na te kupę ziemi:
- Po co Ci TYLE ziemi?
- A to wiesz. Pod kwiatami i krzakami żeby posypać bo tam prawie sama ziemia była i nie chciało już rosnąć - odpowiedziała.
Ja rozumiem. Worek. Dwa. Góra czy. Ale cztery, kurwa, tony ziemi?!!?
skomentuj (32)
zona-mnie-opierniczyla 2009-09-28
Porządek w aktach
W wolnej chwili jakiej w zasadzie nie mam, robiłem szybki porządek na półkach z filmami DVD. Znalazłem leżącą luzem płytę z naszego ślubu i wesela. Popatrzyłem chwilę gdzie by to postawić i wstawiłem w wolne miejsce koło filmów z gatunku science-fiction...
skomentuj (50)
zona-mnie-opierniczyla 2008-11-22
Lomokotywa
Tytułem wstępu, że niby z piętnaście miesięcy nie pisałem. Bo jak się człowiek zajmie wychowaniem obywatela nowego to nie ma na nic czasu. Zwłaszcza na takie głupoty. Kiedyś opisze to i owo z tych piętnastu ponad miesięcy. Chociaż było nudno w miarę, bo żona głównie spała i jak twierdzi: nie mogła się denerwować. Generalnie obywatel się był narodził te ponad piętnaście miesięcy temu. A jak się rodził to poniżej...
To był wieczór. Sobotni wieczór. Moja żona – brzuch jak arbuz amerykański – no bo dziewiąty miesiąc. Bierze kubeł, mopa i idzie myć łazienkę. Dyszy. Sapie. Zionie. Tuwim musiał wzorować "Lokomotywę" na obserwacjach ciężarnej kobiety myjącej łazienkę. Ale do rzeczy. Dzięwiąty miesiąc – sprzątanie łazienki plus moja żona – ja stoję w progu i się drę żeby przestała bo jej lekarz zabronił wysiłku. No ale weź się pokłóć z ciężarną! Wzruszyłem ramionami i poszedłem położyć się na łóżku przed telewizorem. Poprzez otwarte okno – a był to sierpień, dokładnie dziewiętnasty sierpnia. Przez to okno dudniły odgłosy niezłej imprezy z sąsiedniej willi. W ogóle nie mogłem zasnąć. Pomijam już fakt, że żona strasznie się w tej łazience tłukła. W końcu dobrze po północy odpuściła i udała się do łóżka. Była druga nad ranem kiedy ja nadal nie mogłem usnąć – głównie z powodu imprezy na zewnątrz, która już odbywała się na tarasie willi. Tańce, hulanki, swawola. Siedzą, piją – ale czy lulki palą? Koło trzeciej chyba zasnąłem... Około piątej, dokładnie za pięć piąta zbudziła mnie żona. Usnąłem na kanapie przed telewizorem. Żona majestatycznie wysunęła z łazienki: - Odeszły mi wody... Zazwyczaj, podkreślam zazwyczaj, powinienem zareagować stwierdzeniem: "Czy podać ci drugą szklankę, kochanie?", ale tym razem zareagowałem silnym stresem. Zerałem się jak stałem, ściskając pilota w ręku. Ścisnęło mnie w dołku i nie tylko. Nie wiedzieć czemu, zacząłem bezładnie biegać po mieszkaniu. W końcu wziąłem prysznic – nie pytajcie dlaczego – dygocząc jak przed egzekucją. Zapakowaliśmy się do samochodu z torbami pełnymi rzeczy niezbędnych w szpitalu i pognaliśmy do rzeczonego. Co dziwne, było już w pół do szóstej, a w domu naprzeciwko część postaci usiłowała jakby imprezować a część leżała nieprzytomna na tarasie. Muzyka dudniła radośnie, lecz jakby nieco cisziej. Jechałem w mega stresie, starając się przypomnieć sobie tę trasę do szpitala, którą miałem do tej pory świetnie opracowaną. Na szczęście dojechaliśmy w pół godziny. Na miejscu okazało się, że właściwie wszystkie sale są zajęte, ale jest jedna pojedyncza, tylko "trzeba za nią zapłacić". Nie chcąc unieszczęśliwić dziecka wpisem do dowodu "urodzony w Grójcu" lub "urodzony w Mińsku Mazowieckim", postanowiłem przeciągnąć kartę kredytową przez maszynkę i wykupić "jedynkę". Po kwestiach finansowych odebrała nas nasza położna. Kobieta młoda i co gorsza bez poczucia humoru, co okazało się później. Wprowadziła nas na blok porodowy i zaprowadziła do naszego pokoju. Całą drogę z mijających pokoi towarzyszyły nam wrzaski rodzących. Kiedyś słyszałem, jak chłop na wsi zarzynał świnię – i excuse le mot (z francuska) – świnię zarzyna się ciszej! Moja żona stwierdziła: - Na Boga, czy oni to dziecko wyciągają im nosem?! – i przebrała się w stosowny strój imprezowy do porodu. Pokój wyglądał jak w socjalistycznym sanatorium: skomplikowane łóżko, wielka wanna, fotel i szafa. Pani położna podłączyła żonę do maszyny, która robiła PING! Zaczęliśmy wywoływać skórcze. Bo nie było rozwarcia. Uczęszczając na zajęcia szkoły rodzenia, byłem oblatany w terminologii, ale podobnie jak pozostała męska część uczestników – nie wiedziałem, po co tam chodzę i wykonuję po wykładzie przeróżne ćwiczenia dla kobiet w ciąży, od których dostawałem zadyszki. Ponoć miały nie być forsowne. Oksytocyna płynęła miarowo. Maszynka robiła PING! Z okolicznych sal dochodziły nieludzkie wrzaski. Moja żona co chwila powtarzała: - Nie. To niemożliwe. On nie przejdzie! Po dwóch godzinach wyszedłem na korytarz do położnych. - Jak wytrzymujecie te wrzaski? – chciałem przyjacielsko nawiązać rozmowę. Personel spojrzał na mnie z politowaniem i wrócił do przerwanych obowiązków. W końcu yły to gwiazdy występujące w TVN Style więc co będę odpowiadać. Wróciłem więc do pokoju. W związku z tym, że nic się nie działo, odszedł mi stres i poczułem, że jestem głodny. Z drugiej strony obawiałem się zjeść cokolwiek, bo jako sensata mogłem ze zdenerwowania puścić pawia. Generalnie w szpitalach mdleję, altruistycznie odczuwając bóle i cierpienia innych – kiedy pojechałem odwiedzić w szpitalu szwagra ze złamaną nogą, wynieść mnie musieli na zewnątrz i położyć na ławkę. A tu jak na razie trzymałem się dzielnie. Położna przychodziła co kwadrans i patrzyła na maszynę, co robi PING! Oraz zwiększała powoli miarkę oksytocyny z powodu braku rozwarcia: - A może by tak od razu wstrzyknąć wszystko do końca, to może coś przyspieszy? – zapytałem. - Po wstrzyknięciu tak dużej dawki nastąpi w ciągu kwadransa zgon płodu. – odpowiedziała położna ze śmiertelną powagą. - To był żart! – krzyknąłem – Żart! Dowcip taki? Położna wzruszyła ramionami i wyszła. Leżenie, piszczenie żołądka oraz krzyki rodzących w innych salach przerywane były wypadami do toalety. Wypad do toalety stanowił swoistą rozrywkę. Najpierw trzeba było zwlec żonę z łóżka, a potem dreptać za żoną, ciągnąc w stronę łazienki maszynę, która robi PING! W drodze do ubikacji mijałem podobne tandemy damsko-męskie, przy czym wszyscy wyglądali identycznie: kobieta spuchnięta trzymająca się i za brzuch, i za plecy, a za nią mąż o wyglądzie zombie (podkrążone, wytrzeszczone oczy, wyraz ogólnego przerażenia i zrezygnowania na twarzy). Po odstaniu swego pod łazienką wracaliśmy do pokoju, odstawialiśmy maszynę, która robi PING! oraz układaliśmy żonę na łóżko. Przy jednej takiej podróży żonie podczas wstawania z łóżka odeszły wody. Prosto na podłogę. Żona wyrwała mi maszynę, która robi PING! i wrzasnęła: - Weź szmatę i umyj podłogę! Ciężarnej się nie odmawia, więc zmyłem. Czas płynął. Mijały kolejne godziny i zwiększała się dawka oksytocyny. Po czterech godzinach zrozumiałem personel, który nie zwracał uwagi na krzyki rodzących. Oni się po prostu tak jak ja przyzwyczaili – z tym, że oni mieli to na co dzień. Po sześciu godzinach zacząłem się bać, że niedługo do szpitala zaczną przychodzić rachunki za telefon i wezwania do zapłaty mandatu. W siódmej godzinie zdecydowałem się przerzuć znaleziony batonik. Po ośmiu godzinach i dalszym braku rozwarcia stwierdziliśmy, że nasze dziecko chyba nie wyjdzie na świat i albo wrócimy do domu, albo dadzą nam stały meldunek w szpitalu. W dziesiątej godzinie porodu rozwarcie osiągnęło dramatyczne dwa centymetry na dziesięć niezbędnych. W dwunastej godzinie nie wydarzyło się nic specjalnego. Poza zmianą położnych. Dostaliśmy kobietę, która miała wygląd wskazujący na kwalifikacje weterynarskie. Ale po przejęciu sytuacji w ciągu zgoła czterdziestu minut wyciągnęła na świat nowego obywatela RP. Bez wrzasków. Bez krzyków. Ot, po prostu prosząc uprzejmie małżonkę o parcie w odpowiednich momentach. Małżonka wyparła więc o dziewiętnastej czterdzieći, dnia dwudziestego sierpnia dwa tysiące szóstego roku na świat dziecko, chłopczyka znaczy, synka mojego: 60 gram i ze 3900 centymetrów. Ale kto by tam to spamiętał w takiej chwili! Dopiero później się dowiedziałem, że ona tak te łazienkę sprzątała i lokomotywę udawała bo chciała już urodzić, bo jej się ciężko z tym arbuzem chodziło. Ech, kobiety...
Opierniczony
skomentuj (88)
zona-mnie-opierniczyla 2007-11-26
Krótko w skrócie
Poszliśmy z małżoną do greckiej restauracji. Stół uginał się pod ciężarem półmisków, talerzy oraz napojów. Sala niosła się stukotem obcasów obsługujących nas kelnerek. Zjedliśmy bardzo wystawną i sutą kolację.
Wróciliśmy z restauracji do domu. Małżonka zaraz po wejściu skierowała się do toalety gdzie w pozycji klęcznej raczyła zwymiotować. Zwymiotowała zawartość większości półmisków, wypitych napojów oraz echa stukotu obcasów kelnerek.
- Wiesz co, - powiedziałem z niesmakiem stojąc pod drzwiami toalety i miendoląc w ręku rachunek z restauracji - przez jakiś czas nie będziemy chodzić do restauracji bo w twoim stanie to raczej nieopłacalne.
Wymioty nie były kwestią jakości potraw. Po prostu spodziewaliśmy się dziecka.
Szczęśliwego Nowego Jorku życzy,
Wasz Opierniczony
* Wymiotowanie zdaniem specjalistów od savoir vivre to jedyna czynność, której ponoć nie da się wykonać elegancko...
skomentuj (124)
zona-mnie-opierniczyla 2006-12-31
Uniwersytet Małżeński (2)
Szanowni Kursanci, dzisiaj omówimy na konkretnym przykładzie zagadnienia genetyki a w szczególności zapoznamy się z cudem dziedziczenia.
Będąc pacholęciem a następnie beztroskim kawalerem wydawało mi się, że tak prosta czynność jak odkurzanie mieszkania przy pomocy wyrobu dajmy na to marki Zelmer, nie jest w stanie zburzyć sielanki pomiędzy dwojgiem kochających się ludzi. A na pewno już być zarzewiem poważnego konfliktu. Ale myliłem się.
Zamieszkawszy pod wspólnym dachem wraz z małżonką – a uczyniliśmy to zgodnie z wolą władz obecnie panujących tuż po ślubie – ochoczo zabrałem się do banalnej czynności konserwacyjnej podłogi, za jaką dotąd miałem odkurzanie. Wziąłem odkurzacz, pogłosiłem nieco radio i wziąłem się ostro do roboty. Po kwadransie schowałem odkurzacz do szafy. Na miejsce przyszłej zbrodni weszła żona. Popatrzyła. Skrzywiła się. I powiedziała:
- To jest źle odkurzone. Muszę po tobie poprawić...
No i poprawiła po mnie.
Wzruszyłem ramionami, bo przecież to żadna filozofia odkurzyć mieszkanie. Może żona miała zły humor? Wydawało mi się tak, aż do kolejnego odkurzania, po którym scena "do poprawki" powtórzyła się. Trzeciego razu praktycznie nie było, bo żona wyrwała mi odkurzacz z ręki krzycząc, że "szkoda prądu na to, żeby po mnie znowu poprawiała i żebym więcej tego nie robił bo to nie na jej nerwy". Czy jakoś tak. Normalnie się zdenerwowałem.
Zdenerwowałem się, bo jak patrzyłem na to w jaki sposób ona odkurza to nie udało mi się dojrzeć żadnej innej, lepszej być może techniki odkurzania. Normalnie odkurzała jak ja: raz do przodu, raz do tyłu. Żadna filozofia! W związku z brakiem jakiegokolwiek doświadczenia w powyższej materii łamałbym sobie głowę i męczył bym się pewnie dalej. Męczyłbym się tak dalej gdybym nie poszedł i nie porozmawiał z kimś bardziej doświadczonym przez los od siebie. Z teściem. Teść wysłuchał. Poruszył wąsem. I rzekł:
- Nie no chłopie. Weź się wyluzuj. Jak ja mam odkurzyć to robię tak: zamykam się z odkurzaczem w pokoju, włączam odkurzacz ale nie dotykam go tylko kładę go na podłodze, siadam na fotelu i biorę do ręki gazetę. I czytam sobie spokojnie w akompaniamencie odkurzacza. Po kwadransie wyłączam odkurzacz i otwieram drzwi. Wchodzi moja żona a twoja teściowa. Bierze się pod boki i mówi "Źle odkurzyłeś!" i bierze odkurzacz i odkurza. To jest dziedziczne!
Postanowiłem się więc wyluzować, w końcu starsi mają rację. A teść mój na koniec dodatkowo jeszcze mnie "pocieszył":
- Najgorsze jest, rozumiesz, pierwsze dziesięć lat. Potem się już przyzwyczajasz...
Drodzy Kursanci! Wniosek z dzisiejszego wykładu o cudzie genetyki jest następujący: przed ożenkiem obserwujcie dokładnie swoją przyszłą teściową, jej zachowania i relacje z teściem. Wyciągnąć możecie z tego wiele drogocennych wniosków. No chyba, że chcecie się "przyzwyczaić"...
skomentuj (106)
zona-mnie-opierniczyla 2006-09-02
To ostatnia niedziela...
W sumie miałem kosić trawnik w podstołecznej Panderosie podczas minionego weekendu. Do czasu telefonu małżonki.
- Słuchaj. Na pogrzeb jedziemy. W sobotę.
W związku z tym, że piątek był raczej w stylu casual (bojówki, wyciągnięte podkoszulki i buty bardziej all condition gear niż Office space) to poprosiłem małżonkę o zabranie ze sobą następującego zestawu:
- To weź mi czarny garnitur, czarną koszulę, czarne buty i czarny zegarek. No i nie zapomnij wziąć jeszcze maszynki do golenia bo wyglądam nie bardzo ogólnie wyglądam.
Tak powiedziałem, głęboko wierząc, że będzie dobrze.
Po pracy spotkaliśmy się na mieście, żona przesiadła się do mojego samochodu i pojechaliśmy za miasto. Pomijam fakt, że skręcałem się z głodu i nie mogłem stanąć gdziekolwiek, żeby cokolwiek zjeść bo przecież „mama już tam jest od paru godzin i na pewno coś już ugotowała jak nie obiad to na pewno kolację”. Dobra nasza, pomyślałem i pomknąłem z zawrotną prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Dojechaliśmy na miejsce. Jedzenia w postaci obiadu a zwłaszcza kolacji nie było z uwagi na to, że teściowa była zajęta głaskaniem wszystkich swoich kwiatów. Ale nic to, pomyślałem – jest przecież jutro.
Nastało jutro. Zbudzono mnie dosyć wcześnie bo dosyć wcześnie mieliśmy pojechać na ten pogrzeb. Poszedłem do łazienki. Żeby się ogolić i umyć. Nigdzie nie było maszynki.
- Kochanie gdzie jest maszynka?
W domu panowała dłuższa cisza.
- Zapomniałam?
W porządku, pojadę z zarośniętym ryjem. Dokończyłem niedokończoną ablucję i poszedłem na górę się ubrać.
- Gdzie moja koszula?
W pokoju obok panowała dłuższa cisza.
- No bo wczoraj nie było prądu w domu i zdążyłam tylko wyprać koszulę. Mama ją prasuje teraz na dole.
No to nie jest dobrze, pomyślałem. Po chwili na górę weszła dumna i blada teściowa niosąc moją czarną koszulę. Z drżeniem lędźwi przejąłem przyodziewek i odczekawszy aż kobieta się oddali byle dalej, podjąłem wnikliwą inwigilację tkaniny. Ta sama osoba, która podarowała mi czternaście białych koszul, miejscami – a dokładnie na mankietach – przypaliła mi materiał żelazkiem.
- Aha, wiesz, mama mówiła, że straszne ma to żelazko i bała się, że popsuje ci koszulę.
Za późno, pomyślałem sobie w duchu zakładając na siebie koszulę.
- Kochanie, gdzie są spinki do mankietów?
W pokoju obok panowała cisza przed burzą.
- Zapomniałam?
- Co zapomniałaś?!
- Spinek? No skąd ja mogłam wiedzieć, że musisz mieć spinki? A mówiłeś?
- A to nie widać, że koszula wymaga spinek?
- A muszę się znać?
- Ja rozumiem, że można nie odróżniać Forda od Fiata, ale koszulę z mankietami do spinek można!?
- Oj wielkie mi co… - dobiegło z pokoju obok.
- To jak ja teraz do cholery pojadę na ten pogrzeb?!
- No to ci może zaszyje?
Sama se zaszyj, pomyślałem w duchu i założyłem czarne spodnie, czarną koszulę, czarną marynarkę, czarny zegarek i czarne okulary. Na szczęście mankiety nie wyłaziły nadto spod rękawów marynarki. Fest obrażony pełen czarnych myśli poszedłem do samochodu. Ruszyliśmy.
Jakieś pięć kilometrów do celu, tak żeby za późno było się cofnąć do domu, odezwała się moja żona.
- Zapomniałam?
- O czym?
- Zapomniałam ci powiedzieć. Bo wiesz, taka prośba jest do ciebie, żebyś sfilmował cały pogrzeb. Oni ci dadzą kamerę i sfilmujesz. Tak wiesz, od pożegnania ciała w domu zmarłego, poprzez mszę aż do złożenia trumny w grobie. Normalnie nakręcisz. Zapomniałam ci powiedzieć, to teraz ci mówię nie?
Na miejscu pod domem zmarłego widziano ponoć dwóch osobników nerwowo drepcących tam i z powrotem. Jeden to byłem ja. Ten drugi to był mój teść, któremu teściowa "zapomniała" powiedzieć, że miał wygłosić parę ciepłych słów o zmarłym, którego nota bene prawie w ogóle nie znał...
skomentuj (144)
zona-mnie-opierniczyla 2006-05-22
|
Masz prawo
nie odpowiadać.
Wszystko co powiesz
może zostać użyte
przeciwko Tobie.
Masz prawo do adwokata.
Mężowie koleżanek
naszych żon,
są i tak od nas lepsi,
czulsi, milsi, kochańsi,
pomocniejsi, itd...
niezależnie od tego
jacy są naprawdę.
DYSKLAJEMER :
1. Tu sie nikt na nic nie żali
2. To są bardzo śmieszne historie.
3. Życie jest piękne!
4. Proszę nie dawać rad!
5. Jeżeli się nie da inaczej - radź
Wpisy pamiątkowe:
ściana płaczu
Obecnie słucham:
mario szaban
Hard Konekszyn:
Solidarność Jajników
MASZ STARY ALE SPRAWNY KOMPUTER I CHCESZ SIĘ GO POZBYĆ? PODARUJ GO DZIECIOM!
Teatr Pod Gryfami
Call Center Opierniczanego:
@ Oferty Kochanek
@ Pomoc dla Opierniczanych
@ Rozumiem Dysklajemer
@ Nie kumam nic ale napisze!
2009 wrzesień 2008 listopad 2007 listopad 2006 grudzień wrzesień maj styczeń 2005 październik wrzesień lipiec maj marzec luty 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj marzec styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
Wszystkie prawa zastrzeżone
(c) Opierniczony
|